W drogę…! Czyli recenzja redaktorki

W drogę…! Czyli recenzja redaktorki

W drogę, Miechowo! to pisarskie świadectwo uwrażliwienia na więzi międzyludzkie i relacje pokoleniowe. W tej niepozornej – i skromnej pod względem objętości – opowieści o losach opolskiej wsi, o wiejskiej miejscowości stulonej sekretem i prawdą odchodzenia i pożegnania, kryje się głębia myśli i uczuć, przemawiająca autentyzmem do wyobraźni czytelniczek i czytelników.

 

Opolska Miechowa pokornie, choć nie bez żalu, szykuje się do nieuchronnej przeprawy na drugą stronę „Styksu”, ale w środku jej „organizmu” nadal wyraźnie tętni życie; jej charakter wciąż przejawia iście człowieczą czułość, pragnienie bliskości – współobecności, rozmawiania, wzajemnego słuchania. Właśnie taki – spersonifikowany – obraz literacki wioski spaja się z pisarskim zamiłowaniem Macieja Bartona, któremu w czasie tworzenia tej książki ewidentnie towarzyszyła intencja pochylenia się nad zagadnieniami istotnymi, o wadze egzystencjalnej, wartej pilnego, nieśpiesznego, może wręcz studiującego oglądu.

 

Łatwiej pisać twórczo o sprawach, o tematach i wydarzeniach spektakularnych, barwnych czy jaskrawych, graficznych (czarno-białych), agresywnie wykonturowanych i na skutek tego ekspresyjnego zabiegu – znaczących. Dużo trudniej pisać o swego rodzaju marazmie, o absolutnie niewidowiskowej ciszy, która – być może paradoksalnie, a być może całkiem zwyczajnie, logicznie i naturalnie – zapowiada coś sobą. W pewnym sensie cała ta książka jest właśnie taka: cicha, lecz cicha ciszą, która jest zwiastunem, może rokowaniem, może tak spokojnym, że aż prawie dryfującym oczekiwaniem na nieuniknione jutro. Nie jest to jednak cisza przed burzą; nie jest to taka zwiastująca cisza, którą odśrodkowo rozpiera podstępny niepokój, która wyczekuje na zmianę w rzeczywistości zrodzoną ze swego napięcia wewnętrznego, z siłowania się z własną naturą, z własnym spięciem, nerwem. Jest to najprawdziwsza – najgłębsza, najbardziej zrównoważona cisza, jaką można sobie wyobrazić. To taka cisza, która unosi się na powierzchni świata wystarczająco długo, by mogła całym swym istnieniem zadeklarować, że zdążyła zobaczyć wszelkie możliwe stany, klimaty, pogody; to taka cisza, która przeżyła niejedną burzę, niejedno huczenie i trzaskanie gromów, niejedno nawisłe przyciężkim granatem, zasinione, groźne niebo, niejedno wycie burzowego wiatru, niejedną salwę lodowatych, siekających kropel rozdziczałego deszczyska. To także taka cisza, która wiele razy zaznała i biegunów burzom przeciwnych – wychyleń świata w kierunku ukojenia, subtelnego, pastelowego wschodzenia słońca, ciepłego, wiosennego powietrza…

 

Lata dwudzieste wieku dwudziestego pierwszego kolegują się głównie ze wzmożoną prędkością – z ponaglającym szumem informacyjnym wokół ludzkiej osi, z rozbuchanym dynamizmem sytuacyjnym, z energicznym postępowaniem, przesyconym dużym ciśnieniem czy napięciem. Poprzez wcześniejsze metaforyczne analogie do ciszy i delikatnego z urody wschodu słońca, poprzez wskazanie ich zdynamizowanych kontrapunktów – takich jak burza, napięcie, ciśnienie – chcę powiedzieć, że książka W drogę, Miechowo! Bartona może stanowić znakomite antidotum czytelnicze na te, dzisiejsze, napierające i iście sensacyjne, czasy.

 

Barton wskutek zanurzenia się w krainie historii – rozumianej tu jako humanistyczna dziedzina nauki, a w kontekście życia osobistego autora W drogę, Miechowo! rozumianej jako jego szczera i wielka pasja – „szyje” z tkliwych, właśnie uwrażliwionych „tkanek słownych” świeżą perspektywę literacką. Czerpiąc z historii, staje się „tkaczem” innej opowieści – innej, niż chciałby ją utkać nader powolny, skrupulatny namysł dawnych czasów, również innej niż ta, jaką często napotyka się dzisiaj, czyli odmiennej od unowocześnionej, pędzącej codzienności. W swej miechowskiej opowieści Barton zarazem scala czasy daleko minione z czasami „tutejszymi” – bliskimi obecnym mieszkańcom wsi i wiosek, ale i miast i miasteczek. Bez względu na zaznaczony na mapie Polski ten lub inny punkt swego pochodzenia – człowiek współczesny i nowoczesny coraz częściej, jak sądzę, potrzebuje mierzyć się z pojmowaną i indywidualnie, i społecznie próbą redefiniowania rozmaitych pojęć, częstokroć fundamentalnych, bazowych i niby-oczywistych. Na przykład pojęć takich jak: pamięć, pamiątka, sentyment, troskliwość. Lub takich jak: narodziny, wzrastanie, kwitnienie, rozwój, usypianie, odchodzenie. Po drodze przemyśleń o tym charakterze można by jeszcze zadać następujące pytanie (ono też dotyczy wspomnianej potrzeby i próby wnoszenia do nowoczesnego świata redefinicji): czym jest bycie pomiędzy młodością a starością…? Pomiędzy emocjonalną żarliwością wieku młodzieńczego a etapem zwodzenia żagli, okresem u progu, kolejnością rzeczy tuż przed… Za stary, aby nadal (jak za młodu) pragnąć całym sobą zmieniać zastany obraz świata. Ale nie dosyć stary (jakim stanie się w godzinie ostatecznego sprawdzianu – zstąpienia z owego „progu”), aby zapomnieć, czym był świat. I nie dosyć stary, aby zrezygnować ze snucia zastanowień nad tym, czym mógłby być lub czym będzie dalszy tok świata. Zatem za stary, żeby ciągle „oddychać mocarnym pragnieniem przeżywania” – żeby żyć emocjonalnie i emocjonująco. I jednocześnie nie dość stary, żeby już pogodzić się ze swoim „dogasaniem”… Barton ogniskuje czytelniczki i czytelników na tym podobnych kształtach rozmyślań – powiem wprost: to rozmyślania bolesne. Człowiek wyłania się z nich jednakże wzmocniony – pozytywnie poruszony i wspaniale „pociągnięty ku górze”! To bowiem, co samo w sobie było bodźcem bolącym, w ramach treści tej książki okazało się „szklanką połowicznie pełną” (a nie w połowie pustą!) – to śliczna opowieść o życiu i nadziei (nie o umieraniu!).

 

Książka Bartona o życiu i odchodzeniu (odchodzeniu jako pięknym procesie kontemplowania, rozumienia, pożytkowania pełni czasu – do jego ostatniej, odżywczej kropli, lecz nie o odchodzeniu jako smutku związanym z poczuciem „straconej szansy”, bezsilności lub śmierci) spersonifikowanej wsi na Opolszczyźnie jest właśnie o tym: o przechodzeniu, przepływaniu poszczególnych etapów życia. O ludzkiej, jakże prostolinijnej, jakże wzruszającej, potrzebie przypatrywania się własnym korzeniom, by w rezultacie tych refleksyjnych procesów poznawczych móc pozostać w drodze – nie ustawać w kroczeniu, w pamiętaniu, w rozeznawaniu tożsamości zarówno swojej, jak i swych sąsiadów, gości, i tych nowo przyjezdnych, i tych przeciwnych do nich, to jest zasiedziałych.

 

Współczesne i nowoczesne pisarstwo fabularne lubuje się w malowniczości, sensacyjności, jakby cechami wytężonej i nierzadko „zzipanej” szybkości starało się dogonić czytelnika, a także złapać go swoją ilustracyjnością, a zdeterminowaną siłą naporu przekonać do „zatrzymania się”, a de facto do rytmicznego odwracania kolejnych stron. Nie ma nic złego w tak prezentowanej i odbieranej literaturze i literackiej oraz pisarskiej rozrywce! Jeśli natomiast ktoś poszukuje innych jakości i wartości – spokoju, czułości, aury refleksyjności… – opowieść Bartona będzie mu bardzo lojalnym partnerem do spędzania czasu wolnego.

 

W drogę, Miechowo! opowiada przede wszystkim dialogiem – tak zbudowana przypowieść literacka mogłaby z powodzeniem przemienić się w spektakl teatralny; ten wniosek przywodzi mi na myśl inną egzystencjalną, czułą opowieść literacką: Zanim wystygnie kawa Toshikazu Kawaguchiego – w przypadku tej książki kolejność przedstawienia przebiegła odwrotnie, bo fabuła ta najpierw była sztuką teatralną (jej autor jest dramatopisarzem), w powieść natomiast przeobraziła się później. Oprócz tej „odwróconej kierunkowości literackiego przedstawienia” łączy te dwie książki coś jeszcze…! U japońskiego prozaika jest to motyw niezobowiązujących (a w praktyce i ostatecznie – dogłębnie dotykających, odmieniających, przełamujących człowieka wewnętrznie) podróży w czasie, u Bartona podobnie archetypiczny motyw „rozprawienia się z trzema liniami czasowymi”, to jest z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, realizuje się w rozmowie staruszki, czyli wioski o imieniu Miechowa, z trzema dziewczynkami. By nie uprzedzać nikogo niegodziwie (co byłoby podłym spoilerem), nie zdradzę imion tych dziewczynek, mogę tymczasem zapewnić, że role, jakie grają one w minipowieści Bartona, osadzone są właśnie w urokliwości „magii czasu”…!

 

Jako redaktorka książki pod tytułem W drogę, Miechowo! skorzystam chętnie z tej unikatowej sposobności, jaką jest uchylenie drzwi do pracowni pisarza – i tu zaproszę choć na chwilę potencjalną czytelniczkę i potencjalnego czytelnika. Otóż pozostaję dumna ze zredagowania tej historii, bo Maciej Barton to urodzony pisarz – pod tym pojęciem rozumiem taką osobowość i taki temperament, których motorem napędowym jest najuczciwsza pod słońcem pasja, tak jakby ogień, charakterystycznie ukryty w głębi skóry czy dalej położonych tkanek. Mówię tu o swoistej, praktycznie organicznej właściwości umysłowości, charakteru, czujności i dynamiki postępowania. Taki jest Barton – pisarz. To pisarz, który kieruje się niebywale wyrazistą uczciwością przekazu, prostolinijnością w najlepszym, najszlachetniejszym sensie tego słowa, zaangażowaniem w procesy szlifowania pisarskiego warsztatu, zachwycającą pracowitością i najszczerszym oddaniem temu, co robi. Współpracować z taką osobowością to wielka frajda i równie wielki zaszczyt.

 

Książkę W drogę, Miechowo! pozostaje mi polecić każdemu, kto stęskniony uczciwości, szczerości, wzruszenia, tkliwości – pojmowanych nie czułostkowo, łzawo czy romantycznie, a po prostu łagodnie, spokojnie, uważnie. Odcienie i nuty mądrej, kołyszącej obserwacji realnego życia – z całym bogactwem jego przewrotności, symboliczności, a nawet zadziornie abstrakcyjnej kreacji – uwidaczniają się w tej opowieści i wybrzmiewają najprzejrzyściej, najmelodyjniej… Polecam tę lekturę z całego umysłu i serca!

– Justyna Karolak

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *