Osaczenie w chłopskich chałupach. Jak chmara bezwartościowych gryzoni trwaliśmy, zaganiani. Czy można czegoś tak wyczekiwać jak kresu zimy?… Ta wielka szlachta! Wyszczekana, butna niczym rozpieszczone królewicze – dziś jak cienie własnych posągów wyczołgaliśmy się z zimowych leży… Bracia konfederaci jeszcze kilka miesięcy wstecz błyskiem szabel oślepiali swym wigorem! Teraz…? Po zimowym śnie wygrzebuje się z gawry pokonana podwójnie… Nim Moskale zdołali nas rozgromić, nastał czas zimy.
Czas przerw od walk, bitew otwartych i tych podjazdowych miał być dla nas, konfederatów, chwilą na odpoczynek, pozbierania się w siłę. Poskładania na powrót rozszarpanego ciała oddziałów, uzupełnienie luk, zaszycie wyrwanych kawałków z tarczy obrońców wiary i ojczyzny.
Z początku metaliczny szum wysuwanych setek szabli, iskry ostrza stali nad głowami wiwatującej szlachty. Okrzyki gotowych oddać życie za wiarę i wolność, niczym zgraje czarnych wron zrywaliśmy się hurmem z wszelakich gałęzi wielkopolskich dworów. Wtedy rotmistrz nasz smakował się w tym jak wielki otyły łasuch – ogromną łyżką nabierał z misy powstańczej kolejne chorągwie jak tłuste kąski najlepszej strawy. Duma oręża rozpierała nas! Jedno ciało wielobarwnych kontuszy i kubraków jak wielka fala rozlewała się jazdą zbrojną po uciskanej Wielkopolsce i jak rozpędzone głazy lawiny ścierały przerażonych Moskali, nieudolnie próbujących stawić opór.
Lecz to, co wczoraj wydawało się kroczącą machiną wyzwolenia, z dnia na dzień pokrywało się łuszczącą się rdzą. Płat po płacie zrywane szablami zaborców, gładkie lico idei konfederatów poczęło odkrywać skazy. Drobne rysy dawały Moskalom wbić w nie ostrza, tak aby najsilniejsze oddziały rozpadały się jak od uderzenia wielkiego młota. Moskale skutecznie nas kąsali, wprawieni w polowaniach jak wściekłe psy magnata. Sforą zaganiali nas, wiedząc, jak zadać większe rany – i na ciele, i na morale wojsk naszych. My, złożeni z wszelakiej szlachty każdego stanu, jedynie w siłę w gębach uzbrojeni – staliśmy się świadkami nie tak bohaterskich czynów.
Jak tabor cygański przedzieraliśmy się więc gęstwinami wielkopolskich zarośli, aby uniknąć otwartej tafli – tam gdzie Moskale opadali jednym zwartym ostrzem, szarpiąc nas, niedoświadczonych patriotów. Jakże mogło być inaczej? Wielki mur błękitnych carskich mundurów z rozważnym spokojem regularnego wojska począł swymi pułkami budować zasieki. Zwężone gardła zaciskały się coraz to mocniej, dławiąc nam oddech, rozcinając skrawek po skrawku rozchełstane szlacheckie ruszenie. W każdym drzemiący dowódca, ciągnął chorągiew konfederatów w inną stronę, dając Moskalom sposobność do zadawania krwawych cięć. Tak strojna szata wolności i wiary przeradzała się w strzępy szmat niemogące już godnie okryć niczego. Podarte, poszarpane ideały, manifesty wykrzyczanych gorzałką i pieniądzem obietnic – zdeptane w błocie kozackiej jazdy… Nikt nie miał już odwagi tak wysoko podnieść czoła, błyskotliwie iskrzyć szablą na pokaz. Skuleni w wyblakłych kontuszach własnych obietnic i przechwałek przyjmowaliśmy razy porażek, wyczekując nieuniknionego.
Zima. Ta pozwalała na jedyny wspólny kompromis. Moskale wycofywali się czy to do ciepłych koszarów w podbitych miastach, czy do dworów przekupnych magnatów, my schronienia mogliśmy szukać jedynie u biednych braci szlachciców. I ledwo nasze oddziały zagnieździły się w jakiejś chałupie chłopskiej, już następnego dnia ślady po nich były zakryte kołdrami śniegu. Uciekając od obrazów naszych porażek, jak w wielkim wstydzie nakryliśmy się strzechą ubogich domów, zamknąwszy oczy.
Z dnia na dzień nastawała mroźna batalia. Nim się kto z nas obejrzał, kolejny mocarz rozpoczyna naukę pokory i skruchy. Butny szlachcic, skulony jak gospodarski pies nie miał już odwagi się wyprostować i godnie stanąć. Mróz rozcinał w nas ostatni zapał. Nadzieja tętniąca – ustała. Puls zamarł. A gdy nadzieja i puls zastygły, zima rozbiła swoją kryształową ideę na progu biedy chłopskiej codzienności. Kolejny potężny pokazać chciał naszą pustą odwagę i bezsens oratorskich przechwałek. Proste odwieczne koło pór roku dało odpoczynek… wieczny dla wielu z nas.
Śnieżne kopce osiadały na przysadzistych chałupach. Szerokie dachy strzech obłożone ciężkimi czapami śniegu jakby wgniatały domostwa w zmarzniętą ziemię, wsparte na barkach modrzewiowych bali, solidnych jak mityczni tytani, nie dający się pokonać ciężarom. Bale stękając wieczorami od mroźnych podmuchów, broniły tych, co schronili się we wnętrzu.
Co dzień chałupa robiła się coraz mniejsza. Śnieg pokrywający martwe okna zamykał mieszkańców w pierścieniu obławy. Powieki matowych okien zwarły się i odcięły wzrok od choćby jednego promienia światła. Wnętrze wypełniał kwaśny kurz i szary duszący dym z paleniska. Palenisko posadowione pośrodku trzymało nas w półśnie, językami ognia rozgrzewając w nas jedynie nadzieję na lepsze jutro.
Kolory radosnej szlachty szarzały, ciężar minionych dni opadał, kurzawa spod spienionych uciekających konnic okrywała zgarbionych wielkich przegranych. Wtuleni w stęchłe derki, z czasem staliśmy się jak krąg bezbarwnych kamieni wokół ognia. Co jakiś czas któryś poruszał się z jękiem, prostował nogi czy szedł wykonać przypisany mu tego dnia obowiązek… czy też odchodząc, ustępował innym pola na zawsze.
Zima postępowała, cichły nasze rozmowy. Z początku rubaszne dowcipy, wspomnienia ze zwycięskich potyczek podlewane resztkami, teraz bezkształtne, głuche. Każdy zamykał się w swoim małym świecie, przywołując do pamięci już nie wojaczkę, a dom rodzinny.
W ciemnej izbie kłuła mnie pod powiekami utęskniona przeszłość. Kłuła codziennie… Przelewały się obrazy ciepłych, słonecznych dworskich salonów, miękkich foteli, puszystych, leciutkich pościeli pachnących świeżą bielą. Śmiech ukochanych, aromat beztroski, soczystość owoców, chrupiący dźwięk słodkiego, rumianego jabłka. A nade wszystko zapach chleba… Takiego gorącego, oprószonego bielutką mąką. Pękającego brązową skórką i tulącego gorącym zapachem. Te mary mogłyby trwać i trwać…
Chałupy, jak grobowce zamknięte pod strażą mrozu, coraz raźniej usiłowały wyduszać z nas ostatni oddech. Żaden ruch powietrza, żaden promień słońca – nic nie dawało otuchy uwięzionym wewnątrz zimy. Teraz pozostało tylko czekać, aż inna bitwa dobiegnie końca. Pojedynek dwóch sił natury: zimy z nadchodzącą wiosną. Dni upływające dawały nadzieję, bo każdy z nas wiedział, że to odwieczne starcie pór roku z pewnością nadejdzie i, jak zawsze, to właśnie wiosna okaże się tą zwycięską. Pozostało tylko wytrzymać. Zebrać w sobie ostatnie ziarna chęci do życia. Odczekać, skrupulatnie pożywiając się nadzieją – ostatkami nadziei…
Gdy już czas było na odciecz wiosny, każdy z owego żywego kręgu kamieni spoglądał na tego, co w danym dniu miał obowiązek wyjść.
Wychodził owinięty dokładnie wszelkim ciepłem – owinięty solennie, tak aby w żaden sposób nie przedarł się doń mroźny przeciwnik.
Wracając zaś, spoglądał na zebranych. A ci z oczu jego zaczytywali tę nadzieję lub jej brak.
Nadszedł jednak i ten dzień, kiedy powracający żołnierz spojrzał z dumą na zebranych. Jakby właśnie dokonał czynu niezwykłego; jakby spod kołdry śniegu pochwycił dłoń proszącą o pomoc. Jakby to on przyciągnął wiosnę.
Górujące coraz jawniej słońce wygrywało za dnia potyczkę z mrozem, odkrywając spod burego śniegu kolory strzechy, połacie łąk, ścieżki pomiędzy domostwami. Przecierało powieki chałup, leniwie otwierając zmartwiałe oczy, strumieniem światła przenikało do wnętrza sarkofagu. Nikłe kreski jak błysk szabli poczęły szturchać kamienne sylwetki i wybudzać je do życia. Osiodłać konie i ruszyć dalej w ucieczkę? Co byłoby lepsze? Do domu…?

