Przebudzenie

Czy można czegoś tak wyczekiwać jak końca zimy? Osaczenie w chłopskich chałupach. Jak chmara bezwartościowych gryzoni, zagnani, trwaliśmy. Ta wielka szlachta, wyszczekana, butna niczym rozpieszczone królewicze, dziś jak cienie własnych posągów wyczołgaliśmy się z zimowych leży. Bracia konfederaci, jeszcze kilka miesięcy wstecz błyskiem szabel oślepiali swym wigorem. Teraz po zimowym śnie wygrzebuje się z gawry pokonana podwójnie. Nim moskale zdołali nas rozgromić, nastał czas zimy.

Czas przerw od walk, bitew otwartych i tych podjazdowych, miał być dla nas konfederatów chwilą na odpoczynek, pozbierania się w siłę. Poskładania na powrót rozszarpanego ciała oddziałów, uzupełninie luk, zaszycie wyrwanych kawałków z tarczy obrońców wiary i ojczyzny.

Z początku metaliczny szum wysuwanych setek szabli, iskry ostrza stali nad głowami wiwatującej szlachty. Okrzyki gotowych oddać życie za wiarę i wolność, niczym zgraje czarnych wron zrywaliśmy się hurmem z wszelakich gałęzi wielkopolskich dworów. Wtedy rotmistrz nasz smakował się w tym jak wielki otyły łasuch, z ogromną łyżką, nabierał z misy powstańczej kolejne chorągwie jak tłuste kąski najlepszej strawy. Duma oręża rozpierała nas. Jedno ciało wielobarwnych kontuszy i kubraków jak wielka fala rozlewała się jazdą zbrojną po uciskanej Wielkopolsce i jak rozpędzone głazy lawiny ścierały przerażonych moskali, nieudolnie próbujących dać opór.

Lecz to co wczoraj wydawało się kroczącą machiną wyzwolenia, z dnia na dzień pokrywało się rdzawą, łuszczącą się korozją. Płat po płacie zrywane szablami zaborców, gładkie lico idei konfederatów poczęło odkrywać skazy. Drobne rysy dawały moskalom wbić w nie ostrza, aby najsilniejsze oddziały rozpadały się jak od uderzenia wielkiego młota. Moskale skutecznie nas kąsali, wprawieni w polowaniach, jak wściekłe psy magnata, sforą zaganiali nas wiedząc jak zadać większe rany i na ciele i na moralach wojsk naszych. My złożeni z wszelakiej szlachty każdego stanu, jedynie w siłę w gębach uzbrojeni staliśmy się nie takich bohaterskich czynów świadkami.

 Jak tabor cygański więc przedzieraliśmy się gęstwinami wielkopolskich zarośli, aby uniknąć otwartej tafli, gdzie moskale opadali jednym zwartym ostrzem, szarpiąc nas, niedoświadczonych patriotów. Jakże mogło być inaczej? Wielki mur błękitnych carskich mundurów z rozwagą, spokojem regularnego wojska poczęła swymi pułkami budować zasieki. Wąskie gardła zaciskały się dławiąc nasz oddech, rozcinając skrawek po skrawku rozchełstane szlacheckie ruszenie. W każdym drzemiący dowódca ciągnął chorągiew konfederatów w inną stronę, dając tym sposobność moskalom na krwawe cięcia. Tak strojna szata wolności i wiary przeradzała się w strzępy szmat nie mogące już niczego godnie okryć. Podarte i poszarpane ideały, manifesty wykrzyczanych gorzałką i pieniądzem obietnic, zdeptane w błocie kozackiej jazdy. Nikt nie miał już odwagi tak wysoko podnieść czoła, błyskotliwie iskrzyć szablą na pokaz. Skuleni w wyblakłych kontuszach własnych obietnic i przechwałek przyjmowaliśmy razy porażek wyczekując nieuniknionego.

Zima. Ta pozwalała na jedyny wspólny kompromis. Moskale wycofywali się do ciepłych koszarów w podbitych miastach, czy do dworów przekupnych magnatów, my schronienia mogliśmy szukać jedynie u biednych braci szlachciców. I lewo nasze oddziały zagnieździły się w jakieś z chałup chłopskich to następnego dnia już ślady po nich zakrywały kołdry śniegu. Jak w wielkim wstydzie nakryliśmy się strzechą ubogich domów, zamykając oczy, uciekając od obrazów naszych porażek.

Z dnia na dzień nastawała mroźna batalia. Nim się kto z nas obejrzał, kolejny mocarz rozpoczął naukę pokory i skruchy. Butny szlachcic, skulony jak gospodarski pies nie miał już odwagi się wyprostować i godnie stanąć. Mróz rozcinał w nas ostatni zapał. Nadzieja tętniąca, ustała, puls zamarł, a gdy zastygła, zima rozbiła jej kryształową ideę na progu biedy chłopskiej codzienności. Kolejny potężny pokazać chciał naszą pustą odwagę i bezsens oratorskich przechwałek. Proste odwieczne koło pór roku dało odpoczynek, lecz wieczny dla wielu z nas.

Śnieżne kopce osiadały na szerokich chałupach. Szerokie dachy strzech założone ciężką kołdrą śniegu zdawały się wgniatać domostwa w zmarzniętą ziemię. Swoją solidnością, jak mityczni tytani wspierały na barkach modrzewiowe bale, nie dając się pokonać ciężarowi. Stękając wieczorami od mroźnych podmuchów, broniły tych, co schronili się w jej wnętrzu.

Co dnia chałupa stawała się coraz mniejsza. Śnieg pokrywał martwe okna, zamykając w pierścieniu obławy mieszkańców, Powieki matowych okien zawarły się, odcinając wzrok choćby do jednego promienia światła. Wnętrze wypełniał kwaśny kurz, szary duszący dym z paleniska. Posadowione środkiem gmachu, językami ognia rozgrzewało w nas jedynie nadzieję na lepsze jutro, trzymając nas w półśnie.

Kolory radosnej szlachty szarzały, opadający ciężar minionych dni, kurzawa spod spienionych uciekających konnic okrywała zgarbionych wielkich przegranych. Wtuleni w stęchłe derki, z czasem staliśmy się jak krąg bezbarwnych kamieni wokół ognia. Z jękiem co jakiś czas któryś z nich się poruszał, prostował nogi, czy szedł wykonać przypisany tego dnia obowiązek, bądź też odchodzął, oddając innym pola na zawsze.

Zima postępowała, cichły nasze rozmowy. Z początku rubaszne dowcipy, wspomnienia ze zwycięskich potyczek, podlewane resztkami, teraz bezkształtne, głuche. Każdy zamykał się w swoich małych światach, przywołując do pamięci już nie wojaczkę, co dom rodzinny.

W ciemnej izbie kłuła mnie pod powiekami utęskniona przeszłość. Kłuła codziennie… Przelewały się obrazy ciepłych, słonecznych dworskich salonów, miękkich foteli, puszystych, leciutkich pościeli pachnących świeżą bielą. Śmiech ukochanych, aromat beztroski, soczystość owoców, chrupiący dźwięk słodkiego, rumianego jabłka. A nade wszystko zapach chleba… Takiego gorącego, oprószonego bielutką mąką. Pękającego brązową skórką i tulącego gorącym zapachem. Te mary mogłyby trwać i trwać…

Chałupy, jak grobowce zamknięte pod strażą mrozu, coraz bardziej stawały się wyduszać z nas ostatni oddech. Żaden ruch powietrza, żaden promień słońca, nic nie dawało otuchy uwięzionym wewnątrz zimy. Teraz pozostało tylko czekać, aż inna bitwa dobiegnie końca. Pojedynek dwóch sił natury zimy z nadchodzącą wiosną. Dni upływające dawały nadzieję, bo każdy wiedział, że te odwieczne starcie pór roku nadejdzie i jak zawsze to właśnie wiosna będzie tą zwycięską. Pozostało tylko wytrzymać. Zebrać w sobie ostatnie ziarna energii i chęci do życia. Odczekać, skrupulatnie i z rozwagą pożywiając się tą nadzieją, ostatkami nadziei.

Gdy już czas było na odciecz wiosny, każdy z żywego kręgu kamieni wokół paleniska, spoglądał na tego co w danym dniu miał obowiązek wyjść. Wychodził owinięty dokładnie wszelkim ciepłem, tak skrupulatnie, aby nigdzie nie wdarł mu się mroźny przeciwnik. Wracając zaś, spoglądał na zebranych. Ci zaś z oczu zaczytywali tą nadzieję lub jej brak.

Nadszedł jednak ten dzień, kiedy powracający żołnierz, spoglądał na zebranych z dumą. Jakby właśnie dokonał czynu niezwykłego, jakby spod kołdry śniegu pochwycił wystającą dłoń, proszącą o pomoc. Jakby to on właśnie przyciągnął wiosnę. Górujące coraz bardziej słońca, za dnia wygrywało potyczkę z mrozem, odkrywając spod burego śniegu kolory strzechy, połacie łąk, ścieżki pomiędzy domostwami. Przecierało powieki chałup, leniwie otwierając martwe oczy, strumieniem światła przenikała do wnętrza sarkofagu. Nikłe kreski jak błysk szabli poczęły szturchać kamienne sylwetki. Wybudzając do życia. Osidłać konie i ruszyć dalej w ucieczkę? Co byłoby lepsze? Do domu.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *