Nużąco szare niebo z ciągłą sączącą się listopadową mżawką, odebrało mi już zupełnie siły. Rozmokła kupa piachu stróżkami rozpływa się w głąb ziemi. Do wykopanego dołu. Pocięty żłobieniami, spływa na swoje pierwotne miejsce. Wraca. Na niewiele się zdało nakrywanie jej, stawianie baldachimów. Lecz pogody się nie wybiera. Mąż odchodzi, a ja zostaję sama, nie sama. Mamy trójkę dzieci, już prawie dorosłych. Mamy? Mam. Przyjechały na pogrzeb ojca. Nikt nie lubi pogrzebów, ale ja wiedziałam, że to nastąpi. Choroby się nie wybiera. I znowu pada. Czarny kaptur parasoli skorupą ochrania tych naszych znajomych. Są sąsiedzi, są z pracy. Nie planuję jakieś wielkiej stypy, nie ma za wielu i nie ma za co. Łzy mi nie płyną już w ogóle. Dzieci płaczą. Dorosłe, ale teraz takie bezbronne. Te ich czarne jak węgiel oczy. Przynajmniej posiedzą ze mną te kilka dni, zanim się rozjadą i zostanę znowu sama.
Znam tu wszystkich. Nic się nie zmienia w tej naszej wiosce… Ale… Ten długi ciemny płaszcz, kapelusz? Znam i te oczy, spoglądają na mnie. Uciekam od nich, udaję, że nie widzę. Ale ja wiem czyj to wzrok. Znam go sprzed lat. Ilu? Sama nie wiem. Nie potrafię się skupić. Stoję nad grobem męża.
On wrócił. Adam. Mój Adam. Bajkowa pierwsza miłość. Przyjechał do domu? To już trzydzieści lat? Moje najstarsze ma prawie trzydziestkę, tak to było jakoś tak… Tak. Wtedy widziałam go ostatni raz. Zamykam na chwilę oczy. Nikt i tak nie zauważy, nie zrozumie, że chcę być już gdzie indziej.
Już nie pada. Pogoda nie miała wtedy znaczenia. Zawsze było słońce, zawsze było lato. Mieszkaliśmy w starym bloku naprzeciwko siebie. Nasi rodzice pracowali razem, więc i my też ciągle razem. W szkole i po szkole. Mieliśmy takie same składaki. Każdy wtedy miał rower. Do szkoły był kawałek drogi. Mój był biały, a Adama czerwony. Wystawiał je z piwnicy każdego dnia. Sprawdzał, czy jest wszystko w porządku, powietrze, łańcuch. Prawdziwy dżentelmen. Całą podstawówka, każdego dnia. Najpierw wyprowadzał mój, a potem swój. Nieraz szliśmy pieszo. Zimą często. Miał taką zabawną czerwoną czapkę w renifery. Kiedyś ktoś w szkole mu ją ukradł. Płakał bardzo, to był prezent od cioci z Kanady. Dałam mu wtedy mój szal. Zimy były wtedy naprawdę… A on był taki chorowity, słaby. Opiekowałam się nim.
Mieszkał na przeciw mnie, drzwi w drzwi. Wystarczyło zapukać i wejść. Jego pokój był zaraz po lewej stronie korytarza. Gdy chorował, przychodziłam do niego, aby przepisać mu lekcję. Miał tak okropne pismo, że wolałam to robić sama, niż mu tłumaczyć z jego własnych bazgrołów. Siadałam przy jego nienagannie posprzątanym biurku. Zawsze taki porządek. Byłam chyba o to zazdrosna. On leżał pod puchową pierzyną, zabraniałam mu się nawet wychylać i odzywać, nie chciałam się zarazić. Wtedy mu zawsze coś poprzestawiałam na biurku. Coś schowałam do szuflady albo w ogóle zabrałam. Na drugi dzień wszystko było na swoim miejscu. Nigdy mu jednak niczego nie brakowało. Nie, nie, ja nie kradłam. To były psikusy, następnego dnia odkładałam co zabrałam. U mnie w pokoju nie był nigdy. Zawsze czekał za drzwiami albo na klatce schodowej.
Wiosną zaczynał się najlepszy czas. Zaraz za naszym blokiem była stara opuszczona cegielnia. Niewielkich kilka budynków, gdzie jeszcze kilka lat temu pracowali nasi ojcowie. Magazyny, szatnie, biura, warsztaty. Teraz opuszczone, ożywało jak tylko robiło się ciepło. Tam chodziliśmy się wszyscy bawić. Ktoś mówił, że będą to burzyć i będzie stawiany nowy blok, ale kto by w to wierzył. Dziurawym płotem przechodziło się do wspaniałego świata dorosłych. Stare opuszczone biura były naszym całym osiedlem mieszkań. Mięliśmy tam całe swoje miasto. Była szkoła i szpital, i restauracja. Ja byłam najlepszą żoną, a Adam najlepszym mężem. Młodsze od nas o kilka lat bliźniaki z parteru były naszymi dziećmi.
– Posprzątany pokój?! – gniewnie karcił Adam nasze pociechy. – Żadnego obiadu, jak najpierw nie będzie wszystko poukładane.
– Jesteś gorszy od naszej mamy. – Buntowało się rodzeństwo. – Jak nam nie będziesz pozwalał na wszystko, to pójdziemy się bawić do kogoś innego.– Szantażowały.
W naszym bloku nie było za wiele dzieci, więc te były na wagę złota. Inne małżeństwa nie raz próbowały jakoś przekupić bliźniaki, ale były z naszej klatki. To ratowało wszystko.
– Nie krzyczcie na tatę, wrócił z pracy i jest zmęczony. Po obiedzie pójdę wam pomóc. – Łagodziłam.
– Jak będziesz taka, to zobaczysz, że na starość będziesz sama – odgryzał się Adam.
Odkładał swój ekskluzywny skórzany neseser, który zrobił ze znalezionego starego skoroszytu. Myliśmy na niby ręce i siadaliśmy na ziemi do stołu. Po wodę trzeba było wyjść za stare magazyny, ale z kawałków pokruszonych cegieł i liści porastających chwastów przyrządzałam najlepsze ciasto marchewkowe. Zajadali się wszyscy. Nawet pamiętam zapraszaliśmy na nie sąsiadów. Całe uposażenie budowaliśmy z tego co było wokół. Powstawały krzesła, szafy, talerze i sztućce. Z każdego kawałka można było coś zrobić. Mieliśmy szczęście, bo nasz dom zbudowaliśmy w szatni, obok były stare łazienki. Z kafelek miałam najlepszą zastawę, były takie kawałki z kwiatami, podawałam na nich deser. Wystarczyło mocno pomyśleć.
Bywały dni, kiedy byliśmy ekspedycją. Braliśmy wtedy tornistry i szliśmy na wyprawę w nieodkryte zakątki cegielni. Zawsze czekały tam nas nieznane zwierzęta, lecznicze rośliny, zbieraliśmy zaczarowane przedmioty. To było najfajniejsze. Jak wracaliśmy wymieniałam te skarby z innymi. Nieraz sprzedawaliśmy. Garście białych kamyszków były walutą, którą każdy gromadził co rusz na żwirowisku za bramą. Tam też chodziliśmy. Szukaliśmy skamieniałości. Najcenniejszych. Było tego całkiem sporo. Adam zabierał do bloków najciekawsze. Trzymał je w szufladzie biura, pamiętam.
Gdy któregoś popołudnia bliźniaki dostały zakaz wychodzenia z domu, więc postanowiliśmy urządzić sobie sypialnię. W szatni były jakieś stare kufajki, nadawały się jako wygodne posłanie. Byliśmy sami. Położyliśmy się, a Adam położył mi rękę na plecach i przyciągnął do siebie. Dotykaliśmy się nosami, aż trudno było patrzeć na siebie z tak bliska. Serce mi tak biło, że aż czułam, jak się czerwienię, nie chciałam, aby Adam je usłyszał. Powiedział wtedy, że w prawdziwej przyszłości będziemy mieli wygodniejsze łóżko i grzeczniejsze dzieci. Uśmiechnęłam się. Leżeliśmy tak parząc na siebie i chyba zasnęliśmy. Obudził nas hałas i jakby drżenie ziemi. Przytuliłam się wystraszona do niego. Miał takie dumne spojrzenie. Nie pomogło jednak. Wybiegliśmy z magazynu. Dookoła roiło się od ludzi w żółtych kaskach, bramą wjeżdżały wielkie ciężkie maszyny. Któryś w białym kasku zauważył nas.
– Wynocha mi stąd! – zawołał. – Natychmiast. Żebym was tu więcej nie widział.
Nie było czasu ratować czegokolwiek. Mięliśmy oboje łzy w oczach. Z biurowca obok wybiegła rodzina naszych sąsiadów, trójka z naszej klasy, z pierwszej klatki. Pobiegliśmy za nimi do naszej dziury w płocie. Utraciliśmy wtedy wszystko.
– Dobrze, że mama bliźniaków nie puściła ich dzisiaj z domu – wyszeptał Adam. – Oni zawsze gdzieś się chowali po jakiś dziurach. Mogłoby się to źle skończyć.
– Ale co teraz z nami będzie? – zapytałam, jak dorosła, załamana dobra matka i żona. – Tam został nasz cały dom.
– Nie martw się. Coś wymyślimy – pocieszał. – Pójdziemy na wyprawę i znajdziemy nowe miejsce.
Następnego dnia, jak wyszliśmy z rowerami na drogę, nie było już widać cegielni. Cała ogrodzona wysokim litym płotem z desek, zniknęła za ich ścianą. Nie widzieliśmy, jak burzą i wywożą gruzowisko naszych domów.
Jeszcze przed końcem roku szkolnego nie było już w ogóle śladu ze starych budynków, a z początkiem nowego stał już bliźniaczo podobny blok trzyklatkowy z wielkiej płyty.
To był początek ósmej, kiedy do naszej klasy przyszedł Roman. Tajemniczy, milczący, ciemno włosy, nowy. Kilkoro ich było, tych nowych w szkole, bo część wybudowanego bloku bardzo szybko została zamieszkana. Roman był pierwszy.
Nie było tego dnia Adama w szkole. Był chory. Nauczyciel kazał usiąść Romanowi na jego miejscu. Mięli dostawić nowe ławki i krzesła, ale na jesień zawsze ktoś chorował, więc miejsce było od zaraz. I tak Roman usiadł koło mnie.
Miał takie ciemne, czarne jak węgiel oczy i prawdziwy piórnik z przegródkami. Taki zamykany na magnesik, z jakąś ilustracją barczystego mężczyzny na wierzchu, w koszulce z czerwonym trójkątem i wielką literą S w środku. Roman miał w nim prawdziwy długopis zenit, ołówki z gumą na drugim końcu i kolorowe pisaki. Ja miałam tylko taki woreczek z wszytym zamkiem ze starych spodenek. Mama mi tak uszyła. U nas nie było szans, aby kupić taki piórnik. Romana tata był kierowcą autobusu, wycieczkowego z Orbisu. Zazdrościł mu każdy tych niezwykłych rzeczy.
Po kilku dniach wrócił Adam do szkoły, ale nie miał odwagi wyprosić Romana ze swojego miejsca. Po ośmiu latach usiadał z tyłu, sam. Zresztą teraz każdy chciał się zadawać z Romanem. Przecież byliśmy już prawie dorośli. Nikomu już nie chciało się budować jakiś szałasów, czy włóczyć się bezsensu po lesie. Roman miał lepsze pomysły.
Kiedyś przyszłam do niego do mieszkania. Pamiętam, zabawne było to, że układ był taki sam, jak mieszkania Adama i nawet Roman miał ten sam pokój, zaraz po lewej od wejścia z korytarza. Ale w niczym innym nie przypominał pokoju Adama.
Roman uważał, że żaden porządek nie jest potrzebny, że jak się wszystko będzie ciągle sprzątać i układać to życie stanie się szare i nudne. Jego rodzice nie zmuszali go do niczego. Był jedynakiem i w sumie sam z matką. Później zaprosiłam go do siebie. Akurat wtedy, jak moi rodzice mięli wrócić później z miasta.
Dziś nie ma Romana, choć mieszkam w tym samym mieszkaniu, po jego mamie.
– Witaj
– Dzień dobry Adamie. Wejdź proszę. Dziękuję, że chciałeś przyjść. Dobrze cię widzieć.
– Przepraszam, że nie byłem na stypie, ale sprzedaję mieszkanie po rodzicach, a jestem na krótko.
– Tak, Dawno cię nie było.
– Dawno.
– Siadaj, już robię kawę. Mam pyszne ciasto marchewkowe, wczoraj piekłam. Dzieci już się rozjechały, więc musisz mi pomóc je zjeść.
– Bardzo chętnie. Dawno nie jadłem twojego ciasta.
– A ty? Ciągle w podróży?
– Tak, teraz od kilku miesięcy prowadzę wykopaliska w Peru i pewnie zajmie nam to z dobry rok.
– Peru. Prawdziwy podróżnik z ciebie. Cieszę się. Spełniony, według planu.
– Tak. Nic się nie zmieniło.
