Misza

Każdy ma wybór

– Nie wierzę, ten człowiek znowu nie przyszedł?!

– Szefie, na spokojnie, może jeszcze będzie, wie szef jak oni się spóźniają.

Leniwe i opieszałe, takie jest nasze wsparcie na kuchni. Rok temu, no dwa, przed pandemią przyjeżdżali naprawdę nieomal zawodowi kucharze. Teraz… to jest jakieś nieporozumienie. Nie mam już narzędzi to zapanowania nad ich niedbalstwem i zupełnym brakiem odpowiedzialności. Najlepiej jest zachlać na tych ich wspólnych mieszkaniach i nawet nie napisać, czy będzie, czy nie będzie. Co za naród. To nie jest takie proste, jak nie przychodzi któryś, zaraz cała reszta ma przesrane. To jest jeden organizm. Brak któregoś ogniwa wysypuje cały układ.

– Nie mam już siły. Czy to jakaś łaska dla mnie–, że przychodzą do pracy?!

– No porażka szefie. Jak są, to siedzą na tych telefonach albo na kacu patrzą w sufit.

Urwałbym im z wypłaty, ale nie wiem czy to do czegoś ich mobilizuje, niby za kasą tu przyjechali, niby chcą więcej i więcej godzin, ale potrafią zawieźć w takich momentach… Żeby to jeszcze któryś z kuchni bankietowej, któryś z tych słabszych. Zawsze ci lepsi strzelają mi w kolano. Cały dzień do zmiany, rozpierdzielony. Muszę sam stanąć na kuchni do wieczora. Szlag by go trafił.

– Dobra, nie ma co się wkurwiać, jest jak jest. Ja stanę na pasie, ty za niego i jakoś pociągniemy.

– Dziś mamy rezerwacji od cholery… ok, robimy swoje.

Dzień w małym światku kuchennego życia opiera się na barkach kilku na zmianie. Nikt na zaraz nie dojdzie, a brak jednego gwarantuje cały dzień w nerwach. Najlepsze jest jak wraca taki jeden z drugim, po dwóch dniach „milczenia”, uradowani i zadowoleni. Zero jakieś skruchy czy poczucia winy. Nie dziwię się, że taki szmat drogi od domu szukają pracy, nie dziwię się, że z taką mentalnością są takim, a nie innym narodem. Byle swoje pod siebie i jest dobrze. Pracowici i zdolni, nie mogę im tego ująć, ale cóż z tego, jak nie można im zaufać. To się buduje najdłużej – zaufanie.

– Szefie, do szefa. – Młody, blady jakiś odważył się mi przerwać. Przecież muszę przygotować sobie stanowisko, bo nie ma kto. Szef kuchni musi sobie pokroić pomidorki. – Policja.

– Jaka policja znowu? – Warczę już, choć w sumie niczemu niewinny ten uczniak. – Idę. Czego chcą? Gdzie są?

– Na zapleczu. Nie wiem szef… – komunikuje już szeptem stażysta.

Tego mi jeszcze brakowało. Policja. No pewnie, że zaraz łączę fakty. Jeden mi wsiąka ze zmiany, na blokach popijawa, to i zaraz jest i policja. Może mundurowi przytrą mu nosa. Chciałbym. Nie mam ochoty się za nim wstawić ani przez moment.

– Dzień dobry, posterunkowy Nowak. Możemy porozmawiać?

– Oczywiście, wyjdźmy na zewnątrz… – Nie chcę jakiś dyskusji na zapleczu. Zaraz każdy nasłuchuje, głodni sensacji, szukający pożywki tiktokowcy.

– Czy pracuje u pana taki obywatel Ukrainy? – Policjant pokazuje mi zdjęcie. Świeże. Takie do akt. Czyli przegiął. Wykrakałem. Szkoda.

 – Tak, pracuje… jeszcze…

– No to mamy problem…

Rozmowa z policją nie jest niczym nowym dla mnie. Mając kilkunastu pracowników pod sobą, w znacznym procencie zagranicznych, zawsze się coś wydarzy, co muszę odkręcać. Nie było teraz inaczej. Popijawa, bijatyka. Standard, którego się domyślałem, jak tylko zrobiły się mi braki na kuchni. Nie pierwszy to raz w sumie. Mieszkają w dwóch, trzech pokojach po kilkanaście osób, często tak wymieszani, że w sumie aż żal. Nieraz na to narzekają, ale jakoś szybko się godzą. Teraz chyba też zaczęło się od niezgody i dążyli do zgody. Szkoda, że fundamentem ich rozmów jest po prostu wóda. No i gościu przegiął, skończyły się argumenty, więc wpadli na jakże inteligentny pomysł, że wsiądą w auto i pojadą po nie do miasta. Szkoda, że prawo jazdy to każdy z nich stracił już dawno temu…

– Osadzony będzie w areszcie do jutra. Jego szczęście, że nie było miejsca na izbie, bo nie wypłaciłby się długo. Zresztą za te wykroczenia i tak zostanie wytoczona sprawa sądowa. Pytanie czy można liczyć na jakieś gwarancje w jego imieniu? Czy mamy go przytrzymać?

Krótka rozmowa. Dwa podpisy i po spotkaniu.

– I co szef? Poszalał?

– No tym razem poszedł na całość. Dziś i jutro go nie będzie.

– Jest na dołku?

– Tak. Wjechał w przystanek po pijaku autem, dobrze, że w pusty.

– No to posiedzi sobie więcej niż dwa dni. Z tego będzie sprawa.

– Nie posiedzi, poświadczyłem za niego. Jutro go warunkowo wypuszczą.

Byle się ten dzień skończył i kolejny też.

Ale Kolejny stał się zupełnie inny.

– Daj mi jeszcze pospać… – bełkocze i odgania dłonią szarpiącą go żonę. – jeszcze trochę.

– Taras! Żadna chwila. Wojna. – zapłakana bije śpiącego pięściami.

Obraz Lwowa sprzed kilku godzin, kiedy wracali do hotelu prawie o świcie, a teraz… w południe…

Wczoraj świętowali urodziny chyba w każdej z knajp. Po pięciu latach wrócili zobaczyć dom, na dzień, dwa do Ukrainy… Ależ łez radości, rodzina, siostra, mama. Te ulice. Te chodniki. Ten zapach. Ależ za tym tęsknili…

– Lena, pakuj co masz do plecaka! Trzeba uciekać na granicę!

– Taras… co teraz?

Lwów opustoszał. Nic nie było już takie same. Cisza. Nie ma aut, nie ma ludzi. Nie te ulice, nie te chodniki. Sklep. Jedzenie. Trzeba zacząć myśleć.

To był inny dzień, nie takiego chciałem nawet dożyć. Wstaję wcześnie, więc jest czas na spokojne ogarnięcie się, poukładanie, włączenie telefonu.

„Szefie dziś też mnie nie będzie” – pierwsza wiadomość jaką mi wyświetla Messenger. Kolejne i kolejne nie dają mi nawet pomyśleć.

„Iwan, daj spokój, chodź do pracy, niczego nie zmienisz teraz. W robocie będzie łatwiej” – próbuję połapać fakty. Ten się załamuje, a ci dwoje wczoraj wylecieli do Lwowa. Muszę usiąść.

„Taras, Lena!!!! Gdzie jesteście????”  – następne wiadomości, głuchy telefon. Nikt nie odbiera.

Rosja bombarduje lotniska. Wchodzą z każdej strony. To niemożliwe.

Jest jakaś wiadomość. Może od Tarasa… Nie, to Iwan… Nic nie napisał, załączył zdjęcie tablicy drogowej „Przemyśl 100”…

Cóż to za mój kraj, z którego bez większego wahania wyjechałem za kasą? Za smakiem innego życia. Przecież nie ja pierwszy i jedyny. Cała nas masa. Bo jaka to różnica czy jadę do rodziców dwa dni przez całą Ukrainę, czy tyle samo za polskiej granicy. A jak jest kasa, to może przelecieć w godzinę tyle co całymi dniami tułać się. Jasne, że w kupie raźniej. Nabili nas do mieszkania ile się da, ale jest wesoło, bywa i wódeczka i nie tylko. Przecież to tylko na chwilę, na jakiś czas, przecież i tak większość dnia w pracy. Tu tylko przyjść i spać.

– Iwan, a ty, dokąd po nocy? – Igor już przysypiał, ale zobaczył, jak wciągam buty.

Nic mu do tego, gdzie ja. Wiem co mam robić.

– Kawy mi się zachciało, zejdę do żabki. – wymyśliłem na poczekaniu. Przyjął to jako prawdę.

Zycie w klatce, jeden koło drugiego, jak psy w schronisku. Nie tu jest moje miejsce. Jaka by nie była matka, to jednak jej winny jestem, wiem jaki jest obowiązek syna.

– Taras… co teraz

– Nie wiem, musimy próbować do granicy. Nic się teraz nie liczy. Mam pieniądze, uda się!

– A co dalej?

– Lena… nie wiem. Musimy uciekać.

Nie było końca fali ludzkich kształtów. Szeroka masa rozciągnięta po brzegi ściany lasu, długa i skomląca, falowała gęsto przylegającymi ciałami. Kobiety i dzieci. Jedne ciało z dziesiątków tysięcy istnień. W ciszy, bez łez, bez godności. Tylko lęk. Z nogi na nogę o krok do przodu i stop. Krok i stop.

– Człowieku! A ty, gdzie? – pogranicznik zaszedł mi drogę. – gdzie się pchasz?

Kilkoro z nas co dojechało na przejście. Stanęliśmy przed ścianą ludzkich twarzy. Ale my musimy w drugą stronę! Nie ma wejścia, jak wbić się, przejść to cierpienie. Same kobiety i dzieci.

– Dokąd idziesz się pytam! Nie rozumiesz co mówię?

– Ty nie rozumiesz. Mi potrzeba do matki. Daj mi przejść.

Zrozumiał. Złapał mnie za ramiona. Wyszeptał coś do ucha, nie wiem co. Niby cisza, a jakiś tylko słychać szum.

– Z prawa jest płot i ściana, tam będzie ci łatwiej przejść. Z Bogiem. – Strażnik wepchnął mnie przez wąskie gardło leja samego już przejścia.

Czy dam radę? Taras, obyś tylko ty był bezpieczny. Skoro sama ja muszę iść. Tylko kobiety i dzieci. Żaden mężczyzna nie wyjdzie z tej matni. Na pewno coś się wymyśli. To nie będzie trwało długo. Przecież to nie jest w ogóle prawda. Boże zaraz mnie ci wszyscy zmiażdżą…. Nie mam już siły. Ani stać, ani płakać. Nie mogę nawet upaść. Wokół tylko kolczaste druty. Błękit nieba. Nie mam już siły. Taras, gdzie jesteś?

– Błagam was, zgnieciecie mnie. Tu płot, nie mogę oddychać… – tracę oddech, nie mogę się ruszyć. – Litości, pomóżcie….

–Lena! – słyszę swoje imię? Znam ten głos.

– Pomóż…

Iwan! Skąd on się tu wziął? Jakim cudem? Jednym szarpnięciem podniósł mnie. To nie może być wszystko prawda. Widzę jego łzy. Przelatuję nad nim jak bezkształtna, bezsilna masa, rzucił mnie za siebie, skąd przyszedł. Pozostawił mi drogę do domu. Do ucieczki. A on? Idzie walczyć.

Jak łatwo jest oceniać innych. Bez trudu wielu z nas wydaje opinie, wyroki. Cóż można wiedzieć o kimś, jak patrzy się na niego z góry. Teraz jest mi wstyd, za nawet moje myśli, teraz tylko chciałbym przeprosić za ten osąd. Każdy z nas może stanąć przed obowiązkiem wyboru, a z niego będziemy później rozliczeni.

Lena po kilkunastu godzinach marszu przeszła granicę, tam czekał na nią samochód. Jest bezpieczna. Taras zwrócił znad granicy, będzie pomagał po tamtej stronie. Iwan już z bronią walczy o swój dom. Nikt nie jest sam, a każdy ma swoje przeznaczenie. Nie lękajcie się.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *