Poezje Grunwaldu
Król Darek
Czyny trafiają na karty historii; działania ludzkich rąk zapisuje się na osi czasu, opatrując odpowiednimi datami i kolejnymi – ujętymi chronologicznie – punktami. Wiele takich zdarzeń staje się żywym spektaklem, który trwa do dziś.
Z racji poszukiwania, z pragnienia ucieczki od nowoczesnej gonitwy i kierowani pasją, spotykają się raz w roku na polach Grunwaldu; są ich tysiące!
Ileż to razy wybrzmiewa tu Bogurodzica? Modlitwa, nadzieja, otucha… Co takiego przyciąga tych wszystkich ludzi, aby w dwudziestym pierwszym wieku wcielali się w niewygodne, ciężkie pancerze historii i jako zwielokrotnieni bezimienni cofali się w czasie…? Dlaczego przez tych kilka dni chcą mierzyć się z historią, toczyć bitwę, czuć zwycięstwo, godzić się z porażką…?
I mnie tam ciągnie… O, jakże ciągnie do tego średniowiecznego życia! Do gotowania strawy w prymitywnych garnach na otwartym ogniu, i do cieszenia się, że innych wokół takież jedzenie zachwyca. Nieistotne przy tym, kim się jest w swym dniu codziennym, bo w średniowiecznym obozowisku setek płóciennych namiotów – każdy jawi się sobą. I nieważne, po której stronie i komu służy – tu, w średniowiecznym i zarazem dzisiejszym Grunwaldzie, nie ma to najmniejszego znaczenia. A co ma?… Opowiem!
Z zawodu jestem kucharzem i chcę ci opowiedzieć o królu!…
Dni w grunwaldzkim obozie pozostają równe każdemu z mieszkańców, stając się atrakcją w oczach gapiów, którym nie wolno przekraczać granic chorągwi. Podglądają więc łapczywie ową „średniowieczną” codzienność. Codzienność, w której ramach każdy bywalec zrzuca swój uniform współczesności, i widzowie chcą widzieć lniane koszule czy zdobne szaty, wytworne i galowe zbroje, szranki regularnych turniejów rycerskich. To nie tanie hobby, ale warte – cenne, godne.
Upatrzysz tutaj i wodzów – to organizatorzy tej kulturalnej imprezy, są obecni i dowódcy chorągwi, i kasztelanie, i mistrzowie… no i jest i on – król.
Oto wielkie postaci minionych czasów pozyskują sobowtórów – dzieje się to na tym jednym wielkim przyjacielskim planie bitwy. W ciągu zaledwie kilku dni naszykowana zostanie olbrzymia inscenizacja ku radości tysięcy, tysięcy widzów, i znów o tym, co bez znaczenia – bo bez względu na pogodę czy niepogodę, bez względu na nastroje, na zdrowie… odbędzie się owa inscenizacja i naprzeciw siebie staną Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego i Król Władysław Jagiełło.
Niezwykłe to wydarzenie i widowisko! Niezwykłe, bo ówcześni wodzowie tej potyczki to dwie świadomości wiary – obie te osobliwości z krzyżem wyeksponowanym na swej piersi; obydwaj – mistrz i król – z wiarą w tego samego Boga… lecz każdy naznaczony i własnym cierpieniem… No więc co wreszcie ma znaczenie? Już opowiadam!
To zaszczyt jest: gotować dla samego króla! Ależ to brzmi: kucharz króla Władysława Jagiełły! Toż nie w kij dmuchał – ot co! Zrazu inaczej się palenisko rozpala, stół zastawia suto – wszak będzie to królewska uczta!
Król Jagiełło tymczasem nie wygląda na zachwyconego, że oto przychodzi mu zmierzyć się z takim wrogiem. Bóg królowi świadkiem, że król zawsze chciał pokoju – zawsze szukał gdzieś rozwiązania, zawsze bardziej zażegnania niż jątrzenia. Taki był ten nasz Jagiełło! Znam go dobrze…
Może i historycy oceniają lub ocenią go inaczej, ale w mojej pamięci pozostanie on właśnie takim… tylko że co ja tam mogę wiedzieć? Prostym kucharzem jestem; no przecie, że wiedzieć – wiem niewiele, ledwo tyle, co król lubił, a czego nie cierpiał na talerzu… No ale kawę o poranku – oj, to lubiliśmy obaj!
I siąść i zapatrzeć się na świtanie wśród namiotów rycerstwa! Patrzeć, jak poblask lipcowego słońca wybudza i roznieca kolejne paleniska…
Jest kawa o poranku, to musi być i rozmowa – wtenczas smakuje doskonale!
Do bitwy zostały dwa dni. Trzeba się zmierzyć ze swymi słabościami, bo mimo że to „tylko” odtwarzanie historycznych realiów, to z zachowaniem pełnego szacunku do autentycznych – ówczesnych szczegółów.
W tym czasie oczekiwania król coraz częściej przygląda się z posępną miną złożonej górze żelastwa – zbroi przyciężkiej, choć ochraniającej.
Odwleka czas próby – nie spieszno mu do przymierzania się do tej ochrony. To przecież ostateczność – dać się zamknąć w tej masie stali… Przyjdzie na to czas!
Widzę kątem oka, jak spogląda na kolczugę – koszulę ze stalowych pierścieni, która waży tyle samo co jego synek. Mruży oczy, dotyka odruchowo klatki piersiowej… gdy wtem przyłapuje mnie na tym spojrzeniu, którym go oceniam. Uśmiecha się do mnie – ucieka w żart. Jeszcze całe dwa dni! Wiem, że da radę; wiem, bo znam go nie od wczoraj. On na wszystko wynajdzie rozwiązanie, uniesie każdy ciężar! Poza tym to jest przecież król! Wszystkie oczy zwrócą się nań… i za dwa dni to on będzie triumfował – on będzie zwycięzcą! I doskonale odnajdzie się w tej roli!
To honor i zaszczyt – stanąć obok niego! Stanąć wprawdzie nie na polu walki, ale chociaż – o tak: z czymś do jedzenia – z czymś, co jeść lubi… a o poranku – z kawą i rozmową!
Jestem dumny, mogąc być tak blisko tego króla, zwłaszcza tutaj – na polach Grunwaldu, i zwłaszcza teraz – w przeddzień wielkiej zwycięskiej bitwy Jagiełły. Choć nie zawsze dobrze jest znać wynik starcia…
Wielka bitwa – cóż to za obraz! Dziesiątki zbrojnych, połyskujące zbroje, ciężka jazda, sztandary… a na samym czele – Król Władysław Jagiełło!
Pola Grunwaldu zapełniają się. Rycerstwo rozstawia się na odpowiednich pozycjach, wybrzmiewają okrzyki, salwy… płonie wioska… Rozlega się śpiew tysiąca gardeł – Bogurodzica! Emocje i gorąc zatykają tysięczny tłum widzów; w tym roku tak strasznie gorąco – naprawdę strasznie! Trzeba donosić wodę zbrojnym, żeby żadnego zawczasu nie potracić!
Inscenizacja toczy się swoim biegiem; to już przeszło dwudziesty raz!… A wieluuuu z uczestników jest tutaj nieomal od zawsze!
Taaak, udział w tej imprezie to gigantyczny wysiłek, ciężar, koszt, ale… tu jest cały świat tych wszystkich ludzi!…
Ponownie salwy! Szarża… i zwycięstwo. Paradny przejazd Chorągwi Krakowskiej – król na czele! Pozdrawia widownię, pozdrawia odtwórców, wszystkim dziękuje – każdemu dziękuje za ten nadzwyczajny spektakl. Nadzwyczajny i – raz kolejny – zachwycający! Ponownie idealnie odegrany, i znowu zwycięski ten czas; czas kiedy można było stać się kimś innym… a jednak pozostać sobą…
Jutro będzie sprzątanie, zwijanie obozów. Każdy wróci do swojego rzeczywistego życia…
Ale teraz zwycięstwo każdego! I znów: nie ma znaczenia, czy przyszło ci być Krzyżakiem, Litwinem, czy też Polakiem. To bez znaczenia na tych polach! Tu wszyscy identycznie ważni – przez tych kilka dni… i teraz każdy jest zwycięzcą. I każdy w tej chwili zamarzy o następnym roku, aby znowu tu wygrać…
Ciekawe, czy każdy przywozi tu z sobą i kładzie jakieś intencje? Czy ta inscenizacja to próba sił w czymś rzeczywistym…? Wtedy gdy byłem królem Jagiełły – nawet tak o tym nie myślałem.
Ja tylko pomogłem zdjąć dziesiątki elementów zbroi królewskiej. Potrzymałem jemu przez moment koronę… ciężką jak ze złota!
Trzymam prawdziwą koronę króla, co zwyciężył.
Tamtego roku był tu pierwszy raz w tej roli, a jak zwykle okazał się w doskonałym wykonaniu swojego zadania. Nie zawiódł. Będę pamiętał króla Darka Winnickiego.

