Część Pierwsza
Tradycja nakazywała obiad spożywać wspólnie w salonie i o ile inne posiłki domownicy jadali często sami o różnych porach, to na ten jedyny należało zasiąść wspólnie. Andrzej ledwo zdążył wrócić z miasta, rozgrzany, jakby sam galopem przemierzał ten dystans i choć Anna od razu zauważyła w synu jakieś poruszenie nie śmiała zadawać żadnych pytań. Liczyła, że mąż również wypatrzy zachowanie jedynaka. Lecz niestety cały obiad upłynął w zwyczajowej ciszy. Proste pytania otrzymywały krótkie odpowiedzi. Zupełnie jak każdego dnia. Niestety ten posiłek nie mógł się tak zakończyć. Młody szlachcic nie potrafił powstrzymać w sobie zbierających się emocji.
– Ojcze, nie może tak być, abyśmy tak siedząc, patrzyli jak się naród wykrwawia! –wystrzelił rozgoryczony do czerwoności młody Andrzej. – Nie przystoi nam tak się chować za ścianami dworu i udawać, iż nas to nie dotyka. Moskale nas najeżdżają, konfederacja potrzebuje wsparcia.
Wydawało się jednak, że ojciec nie słyszy eksplozji syna.
– Ojcze, musimy coś zrobić!
– Andrzeju, dajże spokój ojcu! – wtrąciła się matka – Dobrze wiesz jak wiele stracił ojciec, gdyśmy podnieśli rękę. Chcesz nas wszystkich sprowadzić nieszczęście?
Rydzyński milczał. Siedział oparty dłońmi o dębowy szeroki stół i wpatrywał się w pusty półmisek. Nie odpowiedział ani synowi, ani żonie. To już kolejny raz, gdy syn wraca z miasta napełniony tym samym żarem co i on przed laty.
– Ojcze, pozwól choć mi wyruszyć z pomocą, teraz każda z szabel się liczy. – przystanął przy ojcu, zmieniając błysk w oku i ton na błagalny. – Dobrześ mnie fektunku wyuczył, pokażemy im czyja jest Polska.
– Oszalałeś już zupełnie! – z płaczem matka rozdzieliła mężczyzn. Stanęła placami do syna i teraz ona błagalnie czekała reakcji męża.
– Nikt nigdzie nie ruszy z mego domu. Taka jest moja wola i koniec – rzekł patrząc ciągle na zastawiony stół, po czym podniósł się i wyszedł natychmiast do swojego biura, pozostawiając rodzinę w jadalni.
Opadł ciężko w szerokim fotelu przy niewielkim stoliczku z karafką własnej nalewki. Bezwiednie napełnił swą zwyczajową poobiednią porcję. Wychylił szklankę bez zastanowienia i tak samo dolał sobie jeszcze raz. „Historia kołem się toczy” pomyślał spoglądając na gęsty od słodyczy trunek w naczyniu.
Dziś własny syn spojrzał na niego jak on niegdyś na swojego ojca. Minęło dziesięć lat, a on pamięta to, jakby wydarzyło się wczoraj, dziś wieczorem. Wówczas z braćmi osaczyli ojca – namawiali go do porzucenia tego szlacheckiego ukrycia, błagali, aby po prostu wyruszyć w bój.
Przez te lata wojny siedmioletniej piął się po szczeblach kariery, zdobywał kolejne szlify oficerskie. Wraz z ojcem i braćmi wsławiając nazwisko Rydzyńskich i budząc postrach wśród najeźdźców. Ich chorągiew rodziła popłoch i odwroty wielkich oddziałów, ich herbu wypatrywali osaczeni i oblężeni w swych dworach szlachcice. Nadejście chorągwi Rydzyńskich było zawsze zbawienne. Do czasu. Do chwili ostatnich potyczek wojny. Gdy już większość zapijała się zwycięstwem, gdy pokonani bez wytchnienia uciekali z Wielkopolski, ta najlepsza komenda gnała ciągle za wrogiem. Ostatnia to miała być szarża i ostatni przyczółek na granicach. I taką się stała. Odwaga i pewność siebie rotmistrza była zaczątkiem wielkiej tragedii. Gdy nakazał pogoń, nie przypuszczał, że śle ojca i dwóch braci w potrzask zasadzki. Nie powrócił z tej bitwy nikt żywy.
Zaprzysiągł tego dnia, iż nigdy więcej. Pełen winy i goryczy powrócił do żony i syna, do dworu, aby zamknąć się w nimi od wszelkiego zła dookoła. Powiesiwszy swą szablę oficera nad kominkiem, nigdy więcej tych wspomnień nie pozwalał przywoływać. Wiele sejmików i politycznych zjazdów za nim, bo posłuch ma do dzisiaj, ale szabli nie zabierał już ze sobą. A jeszcze ciągle żywa w nim pamięć i tych chwil, spotkań na książęcych salonach Sapiehów… Wychylił kolejny kieliszek, próbując przełknąć kolejne wspomnienie goryczy i zranionego serca…
Dziś gospodarzy po szlachecku, sprawiedliwie i rozważnie. Dbając o ojcowiznę, o dobro podwładnych a nader wszystko szczęście najbliższych. Anna wychowała mu wspaniałego syna, tak podobnego do ojca, że często wołano go imieniem dziedzica. Lecz poza dworem toczyło się dalej życie całej Wielkopolski, wiedział o tym doskonale. Wiedział też, że nie było sposobu, aby do zagrody Rydzyńskich nie dochodziły wieści o kolejnych zbrojnych losach.
– Wojskowi! Wojskowi! – zawołanie fornala sprzed dworu równocześnie dobiegło mieszkańców.
Szlachcic poderwał się z fotela. Jego samotnia oknem wychodziła na dworskie podwórze, więc błyskawicznie stał przy nim. Nie dążył jeszcze nawet pomyśleć, a już wzrok wiedział. Carscy dragoni.

Jest historia i obraz jak żywy przez Ciebie tu wymalowany. Twój sposób opowieści naprawdę jest bardzo charakterystyczny, chyba zawsze już go rozpoznam! Świetne zakończenie – rozbudza w czytelniku ciekawość, co teraz. Serdeczności, Maćku