Jak nie zostać bohaterem

O czym jest tak książka i czemu ją napisałem będzie później. Na początek coś tytułem wstępu i to tak dosłownie, bo zamieszczam tu wstęp do opowieści o czterech rotmistrzach na Wielkopolsce. Bardziej historyczny i oficjalny, ale od czegoś trzeba zacząć.

Konfederacja barska budzi kontrowersje do dziś – o tyle, o ile ktoś jeszcze pamięta, czym właściwie ona była, tak więc rozterki towarzyszą historykom, nauczycielom i uczniom, którym przytrafia się spotkać z nią na lekcjach… choć gdy piszę te słowa, brakuje mi pewności – bo czy w programie szkolnym nadal jest miejsce dla owej konfederacji…? Możliwe zatem, że moje pierwsze słowa wstępu nie niosą znaczenia, skoro to wyłącznie historykom przysługuje przywilej debatowania nad czasami minionymi, które wywarły ogromny wpływ na nasze narodowe losy.

Mimo wszystko jednak zachęcam Czytelnika do zanurzenia się w treści tego „prologu” i spisanych w tej książce losów szlachetnych Wielkopolan – patriotów, żołnierzy. Podróż naszą rozpoczniemy od spojrzenia z lotu ptaka na całą Rzeczpospolitą osiemnastego wieku…

To czasy pełni panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, wybranego na tron Polski nie bez sprzeczności pośród wielu rodów magnackich, lecz wspartego silnie przez carycę Katarzynę, tak że nie było mowy o żadnym odstępstwie. Mówimy o tronie kraju wielkiego, a ledwo dźwigającego się po szwedzkich potopach, po siedmioletniej wojnie – wprawdzie bez polskiego udziału, ale przetaczającej się przez polskie ziemie. Po najazdach ze wschodu – Tatarów, i po wielu, wieluuu waśniach – w samym środku ojczyzny…

Wpływy rosyjskie i ciągłe zaczepki pruskie dzieliły polską szlachtę tak skutecznie, że już w całej Europie znano skłócone rody – od Czartoryskich przez Radziwiłłów po mniejsze rodziny, Sułkowskich czy Sapiehów. Każdemu ważne były wpływy i każdemu przysługiwało prawo do władzy najwyższej, lecz mało komu przez myśl przeszło, jak dalece za nic mają to nasi sąsiedzi.

Nie wdając się w historyczne szczegóły, a chcąc jak najszybciej przejść na wielkopolskie ziemie, wspomnę w kilku zdaniach, co się wydarzyło – co spowodowało takie, a nie inne losy opisane przeze mnie.

Nowy król – mimo że z mianowania carycy – stał się symbolem nowoczesności i odrodzenia, bo dopuścił się pomysłów bez szans na jakiekolwiek powodzenie, po prostu w owych czasach było na nie za wcześnie. A i dzisiaj – i my mierzymy się z problemami społecznymi na polu równouprawnienia, religii i wiary. W latach 1768–1770 ziścił się najczarniejszy ze scenariuszy, jaki mógł obmyślić król, rozgorzało bowiem veto wobec królewskich planów, uznano je za nieadekwatne, a nawet szkodliwe. Polska szlachta zinterpretowała je jako jawny atak na jej dobre imię, a co gorsza – jako zagrożenie dla świętej wiary polskiego Kościoła Katolickiego. To właśnie dlatego na wschodnich rubieżach zawiązała się konfederacja – w Barze. Narzędzie to było dość popularne i niejedna konfederacja miała się jeszcze zawiązać; taką praktykowano wówczas metodę na wyrażenie dezaprobaty – nie tyle do władzy królewskiej, ile do królewskich decyzji.

Ten sprzeciw rozlał się po Polsce ku zaskoczeniu samego króla, carycy i licznych magnatów, a ku chwale i dumie tych wielkich, którzy konfederację barską zawiązali. Ustrojone w zbrojne chorągwie stanęły początkowo odziały organizatorów, jak Krasickiego czy Puławskiego. Z czasem powołano kolejne rodowe wojska, aż do jawnych zaborów wojsk królewskich. Te wcielane pod sztandarem konfederacji barskiej stawały się największą siłą.

Zawierucha w obronie przywilejów szlacheckich i wiary nie ominęła żadnego zakątka Polski, wkroczyła i do Wielkopolski.

Siedmioletnia wojna poważnie wyniszczyła ten region, osłabiła go skrajnie i solidnie uszczupliła jego majętność. To właśnie tutaj spoczywały na leżach główne siły moskiewskie, goszcząc się do woli na dobrach szlacheckich i królewskich. To tu pruskie oddziały dokonywały z lubością abordaży na ledwo zipiącym organizmie. Tym bardziej głos konfederacji barskiej podniósł głowy rozdrobnionej szlachty wielkopolskiej. Pojedyncze nazwiska podrywały się i chwytały szable, wcielały każdego, kto chętny, aby po chwili stworzyć liczne małe oddziały dziarskich, choć niezbyt wyszkolonych patriotów. Ich gotowość była mizerna, jednakże zacna, bo to ona zasygnalizowała, że Wielkopolska będzie bronić swojego kraju – wystarczy, że zbierze tę rozpierzchłą drobnicę i postawi ją pod jedną buławą marszałka, a ten zda relację z tego wydarzenia twórcom w Barze i razem poprowadzą konfederację do zwycięstwa. Tak się wszystkim zdawało…

Dzieje tych ochotnych do dzierżenia władzy pamięta już niewielu, lecz warto wspomnieć ich trudny żywot. W dużej mierze nie były to nazwiska znane w Wielkopolsce – nie trwały korzeniami w wielkich rodach, w znamienitych rodzinach, choć przecież i takich nie brakowało, dość wspomnieć miana takie jak Wojciech Rydzyński, Józef Gogolewski, Jakub Ulejski i Skarbek Malczewski – one to powinny pozostać w pamięci Czytelnika po tej lekturze, i z takim zamiarem piszę tę opowieść. Można by nie wiedzieć nic o zawiłościach konfederacji barskiej, bo nie tło historyczne i nie wspólna sprawa jawią się tu najważniejszymi – esencją zdarzeń pozostają ludzie. Ludzie, którzy konfederację tworzyli. Ich życie pokazuje bowiem w jakże krótkim czasie – bo mowa o niespełna trzech latach – jak trudno było na tamtejsze dni być patriotą.

– Maciej Barton