Czara goryczy

Jeszcze przed wieczorną mszą  decyduję się na objazd. Ja biskup i spowiednik króla Jagiełły, Mikołaj Trąba. Walczący chwilę temu, teraz jadę zobaczyć ogrom tej tragedii. Tysiące poległych, a w większości chrześcijan. Krwią zastygły czarne krzyże na płaszczach, wgniecione kopytami w pole bitwy. I ten potok środkiem… Czerwona wstęga sączy się od obozu zakonu, gdzieś ku brzezinie. Nie do wiary, że to może być rzeka krwi. Na szczęście nie jest. Gdy docieram do obozu Krzyżaków, nie mogę uwierzyć. Dziesiątki wozów obładowane beczkami z winem i z każdej leje się w ziemię.

– Wielki Mistrz szykował się na dzisiejszy wieczór do uczty, panie. – woła z dala mój oficer i podjechawszy ku mnie kończy: – Król kazał wszystkie beczki rozbijać, by się nasi w euforii nie rozpili tym kwaśnym winem, a patrzaj jak potok z krwią pokonanych się miesza. Nasiąknie ta ziemia ich ofiarą.

– Słuszny rozkaz króla na pychę zakonu – szepczę.

– Ale biskup nie uwierzy co niosą dalsze wozy, tych braci ponoć od Boga posłanych.

Skinął ręką, aby ruszyć za nim. Konie taplają się w czerwonym błocie, a woń zaczyna mnie dławić. Zakrywam nos i usta.

 – Tabor więzienny. – Pokazuje mi kolejne dziesiątki wozów zebranych w grupie.

– Nie pojmuję. Wszak tu nikogo nie uwięziono.

Nim zwątpienie ucichło, rycerz odrzuca kawał sukna i pokazuje zawartość pierwszego wozu.

– To powrozy, pęta i łańcuchy. Taka była dla nas szykowana niespodzianka. Lecz Bóg chciał inaczej i teraz to my z radością wiążemy Krzyżaków ich własnymi kajdanami. Przydaje się, przyznam. – śmieje się oficer.

Na skraju tego taboru siedzą na ziemi powiązani pachołkowie, pomocnicy, mniejsi bracia zakonni. Sama niższość od tych rycerzy co niemal w całości poginęli.

– Panie! Ojcze biskupie! –woła jeden z nich. Szybko chce coś jeszcze powiedzieć, ale strażnik zdzielił go obuchem i więzień zaraz pada na kolana z jękiem.

– Czekaj – powstrzymuję go. – Mówi po naszemu i zdaje się wie kim jestem.

– Król kazali tych przetrzymać jakiś dzień, po czym każdemu dać na drogę i puścić wolno – melduje strażnik. – Ale nie lepiej byłoby ich na Żmudź pognać? Co by nasze szkody naprawili. Wolno puszczać?

Nic nie odpowiadam, spoglądam tylko na tyle groźnie, że ten spuszcza głowę i daje kilka kroków w tył. Nic nie rzekłem bo cóż mogłem. Po prawdzie zacny to gest no i rozkaz króla nie podlega dyskusji, lecz w głębi serca podzielam opinię tego strażnika. Widać było, że rodowity Litwin, z rysów twarzy i postury, choć z odzienia już prawie Polak. Szybko się w łupy po bitwie odział, ale przecież prawo ma wreszcie ubrać buty i jakąś porządną kapotę. Pewnie sam by z dziesięciu ze sobą na Żmudź poprowadził. To, że przeżył, znaczy będzie doceniony. Przydałoby się kilkoro takich jeńców, przecież w tym samym celu te wozy uginają się od łańcuchów. Takie same plany mieli ich piersi właściciele. Ale decyzja króla słuszną. Nic gorszego, jak rządzić takimi samymi zasadami co ci, których się pokonało, którym właśnie taką politykę się wypomina. Po to ta Wielka Bitwa i te tysiące trupów, ta rzeka zmieszana krwi ofiar z winem triumfu.

– Kim żeś jest? – pytam, patrząc z konia na pochyloną postać jakiegoś mnicha. Wygolony czerep bieli się w zachodzącym słońcu. Gdy strażnik zdzielił go w brzuch, czapa spadła z głowy więźnia. A więc duchowny. Tak jak i ja.

– Jestem ojciec Utrap, jako i wy biskupie Trąba. Spowiednik jako i wy panie.

Podnosi głowę i z trudem wstaje.

Podeszłego wieku to już duchowny. W jakieś narzucie dziwacznej, ale przypomina mi kogoś znajomego.

– Biskup mnie nie pamięta? No i nie dziwota. Któryś z tych pogan z odzienia mnie odarł, miejsca święte sprofanował i do tego pospólstwa wrzucił, choć i wiem, że kara to zasłużona.

– Nie kojarzę, ale znać twarz mi gdzieś widziana.

– Biskup polowy Utrap – przedstawia się z dumą. – Była sposobność widzieć się, gdy z poselstwem papieskim przyjmował mnie król Jagiełło na Wawelu. No ale to było lata temu.

– A już ci! – olśnienie przychodzi natychmiast i nie wiedzieć kiedy zsuwam się z konia, aby godnie przywitać jeńca. Wszak to szlachetnie urodzony. – Lecz czemu tutaj? Biskup powinien być w naszym obozie? – skinąłem na Żmudzina, który bez słowa podchodzi do łańcuchów na rękach krzyżaka. Rozplątuje i wraca tam gdzie stał uprzednio.

– Nie mogłem stąd ruszyć – tłumaczy się jeniec. – Jestem tu, bo pilnowałem kaplicy Wielkiego Mistrza.

– Wszyscy wielcy bracia polegli – szepczę z poczuciem winy, choć nie wiem czemu.– Taką odebrali nagrodę od Boga za swoje uczynki – dodaje, aby zaraz poczuć się zwycięzcą.

– Nie nam osądzać, ani nie nam odczytywać Boże działania – odparowuje starszy duchowny i oglądając swoje odzienie dodaje: – Po mnie widać, że z pokorą przyjmuje wolę naszego Pana. Ale nie ruszę się stąd dopóty, dopóki nie odzyskam świętego relikwiarza z tych pogańskich rąk.

Spogląda w kierunku Żmudzina. Ten chwyta oburącz halabardę i już robi dwa kroki do przodu. Powstrzymuję go uniesieniem dłoni. Już zupełnie zbędna byłaby ta krew kapłana Wielkiego Mistrza, może i nie jest bez winy, lecz to poniekąd duchowny.

Święty człowiek, myślę. Choć w służbie nie tej strony, to jednak w pełni oddany prawdziwemu Bogu. Nie waży na to kto poległ, kto zwycięzca, bo to przemijający czas, chce tylko jednego, aby Boży symbol był w poszanowaniu. Przecież rozumiem. Przed bitwą dwie msze odprawiłem dla króla. Klęczeliśmy wpatrzeni w krucyfiks, całowaliśmy stopy Pana ukrzyżowanego. Łzy płynęły wszystkim po policzkach. Gdy wtenczas zamknąłem pierwszą mszę, Jagiełło wyszeptał:

– Jeszcze, Mikołaju, proszę o jeszcze.

Zbrojny zastęp podniósł się z kolan, już chciał iść do bitwy, ale król nie wstając odwrócił się do nich i rzekł:

– Nie spieszcie się do krwi. Pozwólcie choć chwilę jeszcze wymodlić w ciszy dla nas zrozumienie.

Kolejna msza, tak samo święta jak pierwsza. Łzy, śpiew, uwielbienie. Ale przecież teraz patrzę na duchownego, który zapewne w tej samej chwili co ja, znosił ku niebu ciało Pana w chlebie i w tych samych słowach wielbił go i wypraszał zwycięstwo. Jakże to mogło się tak stać, że…

– Jakże to mogło się tak stać, że w jednym Bogu pokładając ufność, zwycięstwo może być po jednej tylko ze stron –– wyszeptał moje myśli krzyżacki kapłan. Niepojęte. Zaniemówiłem przez chwilę, patrząc zaskoczony na Utrapa.

– Gdzie był relikwiarz? – ocknąwszy się, zdecydowanie pytam. – Czy wiecie kto go zabrał?

– Zrabowali – prostuje oburzony. – To drużyna była jakaś żmudzka, z Pogonią na sztandarze. Ołtarz miałem złożony na wozie w skrzyni uszykowany…

– Więc nie było tu zbytnio profanacji, a wyście po prostu już gotowi byli do ucieczki – przerywam, uśmiechając się lekceważąco.

Przez chwilę wyobrażam sobie namiot kaplicy oblepiony sztandarami biskupów i możnych Zakonu, nakryty ołtarz, rozpalone szerokie świece i złoty tryptyk pośrodku. Tak też wygląda nasz, królewski. Jagiełło potrafi tam przesiedzieć godzinami i do teraz jest rozstawiony, płoną świece i ktoś tam czeka na strudzonych. Ulżyło mi, że Wielkiego Mistrza ołtarz nie trwał do samego końca, ale kto wie, jakim bym się kierował umysłem, gdybym zobaczył widmo przegranej bitwy.

– Zresztą bez znaczenia – podsumowałem pospiesznie. – Oficerze, znajdź kogoś kto wie, które drużyny były tutaj pierwej.

Skłoniłem głową do zakonnika, który przysłuchując się tym rozkazom wyraźnie się uspokoił i odetchnął z ulgą.

– Bogu niech będą dzięki, że biskup tu zajechał. Widocznie nam było pisane się tak spotkać.

– Nie nam rozsądzać Boże decyzje. Sam tak rzekłeś. Pojedziemy do obozu króla i tam będziemy czekać wieści.

Gdy wjeżdżamy w sam środek pola wielkiej bitwy, krzyżacki kapłan rozpłakał się tak mocno, że zawracam konia i podjeżdżam do niego, reszcie dając znak, aby jechali dalej.

Mocno już zmierzcha. Słońce jeszcze ostatnimi promieniami podświetla postacie, które na rozkaz króla do wieczora miały znieść wszelkie ciała. Teraz złożone obok, w rzędach, zarówno polskie jak i krzyżackie ofiary. Lecz nikt nie spodziewał się, jak wielkie to zadanie, i jak ciężkie. Ileż to tysięcy ciał. Rozciętych, rozpłatanych, zalanych własną lub cudzą krwią. Wielu jeszcze żyjąc, ostatkiem sił próbowało wygrzebać się spod zwałów ofiar i martwych koni, rozdrapywali wokół ziemię, grzebiąc się w cierpieniu, zanim wykrwawili się do końca. Teraz w zachodzącym słońcu tylko ta kwaśna, dusząca woń przepływająca przez rozdarcie ziemi.

– Boże jedyny – szepcze duchowny – Jak? W imię czego dojść musiało do tak straszliwej tragedii?

Spoglądam na niego pytająco. Przecież każdy z nas, Polaków to wie. Sami sobie zgotowaliście ten los. Pycha i bestialstwo. Przez myśl przylatują mi te wszystkie straszliwe opowieści, jakie przychodziły na Wawel, relacje ocalałych z rejzów krzyżackich na Żmudzi czy Mazur, płonące wsie, okaleczane kobiety i dzieci, palone całe zagrody z mieszkańcami. A oto owoc i zapłata. Tak właśnie winno kończyć się każde bestialstwo człowieka przeciw człowiekowi. A on szlocha, jadąc z wolna pomiędzy zwałowiskami ułożonych ciał. Wpatruje się w martwe oczy, wykrzywione w agonii twarze, jakby poznawał każdą z nich, lecz nie zna nikogo. Szlocha nad każdą ze stron.

– Czemu? – pyta znowu, unosząc głowę. – Czemu Bóg dopuścił do tego?

Kapłan Wielkiego Mistrza, wysłannik papieski, pyta mnie, Mikołaja Trąbę. A cóż ja, po prawdzie mieszczanin, niechciane dziecko księdza i jakieś służki. Ja całe życie brnąłem na łasce i dobrym sercu innych, aż do miana biskupa, doradcy króla. Znikąd aż na sam szczyt. Jaką mogę mieć swoją opinię inną niż tą właśnie, że Bóg jest sprawiedliwy i pokorę wynagradza, a pychę każę śmiercią. Nie odpowiadam.

Z wolna wyjeżdżamy spod spojrzeń martwych pytań. Zaraz czas na mszę. Odprawimy ją wspólnie. Razem uniesiemy puchar krwi pańskiej z przeistoczenia wina.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *